| Szwecja.net / Turystyka / Relacje / ... 00013 = | ||
|
Tego autora: |
Skandynawskie zapiski 2004 część druga. |
|
01.08.04. NiedzielaO szóstej z minutami znów pojechaliśmy do Storuman. Tradycyjnie już skorzystaliśmy z darmowej kuchni i łazienki Đ rzecz jasna Đ całkowicie nielegalnie, uzupełniliśmy w Ice i Konsumie zapasy chleba i nieco pozwiedzaliśmy miasteczko. Ja znam co prawda Storuman jak własną kieszeń, ale chciałem pokazać to i owo Jackowi. Po rozmowie ze Sławkiem, który zapewniał, że na 95% zna miejsce występowania moroszki, pojechaliśmy wraz z nim i jego załogą w stronę Tärnaby. W tym czasie nasza druga ekipa udała się w kierunku Kattisavan. Niestety, mimo przejechania 135 kilometrów w jedną stronę nic nie znaleźliśmy. Jedyny pożytek ze wspólnego ze Sławkiem wyjazdu był taki, że na poczet spłaty długu oddał mi 100 koron. Dobre i to. A propos Sławka, opowiedział mi on przygodę, jaką miał wczoraj. Otoż zdawało mu się, że zabrakło mu paliwa (potem okazało się, iż zapowietrzył się zbiornik). Zatrzymał więc jakiś samochód i poprosił o podholowanie do najbliższej stacji paliwowej. Szwed zgodził się i wziął jego forda na hol. Chwilę potem Sławek przeżył horror. Jeżeli mu wierzyć- bo jest to trudne do wyobrażenia - to kierowca tamtego samochodu przez około 30 kilometrów gnał z prędkością przekraczającą 100 km/h. W tym czasie na Sławka biły siódme poty, a cała jego uwaga była skoncentrowana na utrzymaniu pojazdu w bezpiecznej odległości od rowu. Szczególnie trudne było to na zakrętach. Na noc rozłożyliśmy się nad jeziorem Starbjorkvattnet. Było tu nawet narąbane drewno na ognisko. Szczytem szczęścia było zaś znalezienie pozostawionej przez kogoś siekierki. Nie jest ona zbyt ostra, ale na pewno się przyda. 02.08.04. PoniedziałekOd wczesnego rana podziwiamy śnieżne czapy na szczytach mijanych gór. Jednocześnie rozglądamy się za polankami z moroszką. Niestety, dość długi objazd wokół Tärnaby nie przynosi żadnych efektów. Mróz i długotrwałe deszcze zrobiły swoje. Niejako na pocieszenie znajduję okazałe poroże renifera. Rogi są już nieco sfatygowane i pokryte zielonym nalotem ale na pewno dadzą się doczyścić. Po południu zjechaliśmy do Storuman. Tu sprzedaliśmy dotychczasowe zbiory. Ja miałem 3,6 kg, Jacek 3,1 kg, Anka 2,1 kg i Piotrek 8 kg. Dziś płacili już po 60 koron za kilogram. O skali opłacalności, a raczej jej braku, może świadczyć to, że moja załoga wydała w ostatnich dwóch dniach aż 450 koron na paliwo. Wystarczy to pewnie na kilka dni, ale jak widać, koszty zjadają lwią część zarobku. I tak dobrze, że nie musimy płacić za kemping. Na nocleg udaliśmy się ponownie w rejon Skarvsjöby. Znów jesteśmy razem z Andrzejem i jego załogą. Im przez ostatnie dwa dni poszło nieco lepiej, ale w sumie sprzedali równie mało jak my. Za 150 koron sprzedałem Sławkowi papierosy, które w kraju kosztowały mnie o połowę taniej. Gdybym je jednak odstąpił komuś obcemu, to mógłbym wziąć nawet 250 SEK. Głód nikotynowy jest bowiem tak silny, że palacze nie liczą się z kosztami. 03.08.04. WtorekWczoraj Monika obchodziła osiemnaste urodziny. Wieczorem był więc szampan, piwo i nieodzowne w takich wypadkach „Sto lat”. Dodatkowo Jacek dał popis wokalny, śpiewając uwielbianą przez żeńską część naszego grona piosenkę o pchełce. Ja zaś wyciągnąłem pół litra Smirnoffa, które pierwotnie planowałem sprzedać. Czy jednak zawsze musi liczyć się tylko zysk? Z wstydem przyznaję, że zabłądziłem dziś w lesie. Byłem tak pochłonięty zbieraniem moroszki, że nie pilnowałem kierunku marszu. W dodatku słońce schowało się za chmury. Kiedy się zorientowałem, że idę w niewłaściwą stronę, było już za późno na korektę szlaku marszruty. Powrót tą samą drogą trwałby bowiem o wiele dłużej niż zatoczenie pełnego koła. Zdecydowałem się zatem na okrążenie jeziora Skarvsjon. Część trasy wiodła przez bagna, ale końcowe 10 kilometrów szedłem już po asfalcie. Do bazy dotarłem po 12 godzinach przymusowego spaceru. Z kondycją nie było najgorzej. We znaki dawał mi się jedynie brak picia. 04.08.04. ŚrodaAnka marzy o jak najszybszym wyjeździe do Oslo, do swojego chłopaka Krzyśka. Być może również z nią Piotrek. Póki co obojgu doskwiera brak papierosów. Po lesie chodzę zazwyczaj sam. Dzisiaj jednak poszedłem wraz z Anką i Jackiem. Już po niespełna godzinie marszu natknęliśmy się na niewielką rzeczkę. Ja przeskoczyłem ją bez trudu. Jednak sztuka ta nie udała się Jackowi, który obiema nogami wpadł do wody zanurzając się powyżej kolan. Widok ten tak przeraził Ankę, że zrezygnowała z dalszej drogi i zawróciła w stronę namiotu. Jackowi woda chlupotała w kaloszach, ale twardo szedł za mną przez kolejne trzy godziny. Nie znaleźliśmy jednak żadnej polanki, na której oprócz krzaczków malin byłyby też w większej ilości ich owoce. Zebraliśmy więc nie więcej niż po 30 dkg. Nieco lepsze rezultaty mieli pozostali: Piotrek ok. 4 kg, Andrzej z Moniką 5 kg. Na obiad zjedliśmy kaszę z ziemniakami, które wspaniałomyślnie zostawili nam ludzie z Nowego Sącza. Z założenia miał to być krupnik, ale z powodu braku mięsa i przypraw danie to bardziej przypominało mamałygę. 05.08.04. CzwartekAnka nie zbiera już trzeci dzień. Narzeka, że boi się chodzić po lesie i dosadnie mówi, że „Pier.... moroszkę”. Kurczę, taki stary jestem, a nadal nie mogę przyzwyczaić się do wulgaryzmów wydobywających się z ust kobiet. Dziś uzbieraliśmy nieco moroszki 10 km od obozowiska. Po południu pojechaliśmy do Storuman. Tu, jak zwykle, skorzystaliśmy z kuchni i prysznica. Odwiedziliśmy też bibliotekę, w której dzięki darmowemu dostępowi do Internetu mogliśmy wysłać wiadomości oraz zapoznać się z korespondencją kierowaną do nas drogą elektroniczną przez bliskich i znajomych. Sławkowi rozpada się załoga. Młodzi ludzie, których zwerbował przy mojej pomocy, nie znajdują z nim wspólnego języka i zamierzają wracać do kraju. Nie znam szczegółów, ale pewnie chodzi o to, że dużo jeżdżą i wydają pieniądze na paliwo, a nie ma z tego żadnych efektów. Możliwe też, że Sławek zachowuje się wobec nich arogancko. Na skupie wybrzydzają i odrzucają maliny niedojrzałe lub niby przejrzałe Te ostatnie często polewane były przez zbieraczy wrzątkiem, aby osiągnęły pożądany kolor. Niestety, fortel był łatwy do wykrycia, gdyż owoce zmieniały co prawda kolor, ale pozostawały twarde. Zdecydowaliśmy się sprzedać swoje zbiory w Wilhelminie, bo ktoś powiedział, że tam skupują po 65 koron za kg. Po przyjeździe do tego miasta okazało się, że w jednym ze skupów nie mają pieniędzy. Poza tym cena jest taka sama jak w Storuman. Skoro już jednak tu przyjechaliśmy, to nie pozostało nam nic innego jak sprzedać trzydniowe zbiory i poszukać miejsca na nocleg. Względnie dobre miejsce na urządzenie obozowiska znaleźliśmy nad jeziorem Malgomaj, na skraju miejscowości Skansholm. Już po rozbiciu namiotów okazało się, że woda w tym miejscu nie należy do najczystszych. Pływały w niej jakieś małe żyjątka, które po zagotowaniu opadały na dno, tworząc brzydki osad. Śmialiśmy się, że herbata będzie bardziej pożywna, bo z mięsem. 06.08.04. PiątekW nocy trochę padało. Wstaliśmy dość późno, bo wpół do ósmej. Pojechaliśmy zbierać w rejon Skog. Ja zebrałem około 2 kg, Anka nic, Jacek blisko 1,5 kg, a Piotrek aż 6 kg, gdyż znalazł dobrą polanę i siedział na niej prawie do dziewiętnastej. Miał duże szczęscie, ponieważ przy tegorocznym braku urodzaju trzeba się wiele nachodzić, żeby coś zebrać. To podstawowa zasada. Nie wystarczy już, jak w zeszłym roku, wejść na dowolną polanę i zbierać. W ekipie Andrzeja znów jakieś niesnaski i ogólne zniechęcenie, a to wszystko dlatego, że prawie nic nie udało się im dziś znaleźć. Wiadomo zaś, że natura wielu osób jest taka, że chcą za wszelką cenę znaleźć winnego swoich niepowodzeń.. Nie przychodzi im do głów, że czasem nikt nie ponosi za nic winy. Po prostu o powodzeniu lub jego braku decyduje splot sprzyjających albo niesprzyjających okoliczności. I tyle. 07.08.04. SobotaAnka ujawnia niezbyt szlachetne cechy swojego charakteru. W oczy mówi niewiele, za to poza plecami obgaduje ile wlezie. Chętnie przykleja łatki innym, a nie widzi swoich minusów, choćby lenistwa i braku wytrwałości. Otrzymałem SMS od Eli z prośbą o jak najszybszy powrót do Gdańska. Przebukowałem zatem bilet powrotny na wtorek wieczór. Mam dopłacić 35 złotych do biletu, gdyż wracam w droższej taryfie. Za to ku mojemu zdziwieniu nic nie muszę dopłacać za fotel. W związku z moim powrotem nastąpi reorganizacja załogi. Jacka „odstąpię” Sławkowi, do Karlskrony zaś zabiorę dwie osoby z jego ekipy. Dodatkowo w Sztokholmie ma dosiąść się Michał, czyli syn Danki. Dzisiaj miałem najlepszy z dotychczasowych zbiorów. Mogłem nawet zebrać więcej, ale wypłoszyła mnie nadciągająca burza, zresztą pierwsza w czasie tegorocznego pobytu w Szwecji.. Nocujemy na starych śmieciach pod Skarvsjöby. 08.08.04. NiedzielaJest piękny słoneczny dzień. Ostatni dzień przed podróżą spędzamy na kempingu w Storuman. Docierają tu do do mnie pogłoski o księdzu Jankowskim i jego dziwnych związkach z chłopcami. Cóż, po biskupie, dyrygencie i psychologu nic i nikt już mnie chyba nie zadziwi. A może to tylko plotki? Zgodnie z planem zostawiam Jacka pod opieką Sławka i Danki. W zamian zabieram do swojego auta Barbarę i Tomka. Para ta postanowiła definitywnie opuścić Szwecję i nie chce mieć nic do czynienia ze Sławkiem. Zresztą, przyznać trzeba, że o moim koledze krążą na kempingu bardzo niepochlebne opinie. On sam natomiast narzeka na swoich byłych współpracowników. Cóż, nie było mnie na miejscu, więc nie nie mogę ferować wyroków. Swoje zdanie na ten temat jednak mam. A zresztą, zobaczymy co o współpracy ze Sławkiem powie po powrocie Jacek. Niemal w ostatniej chwili udaje mi się sprzedać pół litra Bolsa za 100 SEK. Niestety, do kraju będę musiał przywieźć jeszcze 0,7 litra tej wódki. Nasi mało zarabiają, więc i piją niewiele.Gdybym miał więcej papierosów, to sprzedałbym bez trudu i z o wiele większym zyskiem.
|
|
|
09.08.04. PoniedziałekRano pożegnanie z Andrzejem i jego grupą.. Oni jadą na zbiory a my w stronę Sztokholmu. Po drodze dochodzi wiadomość od Michała, że nie będzie na nas czekał w umówionym miejscu, gdyż jest już w Nynasham i zaraz popłynie do Polski. Okazuje się, że obrotny 16-latek nie tylko dotarł stopem do Sztokholmu, ale i znalazł miejsce w samochodzie udającym się do Gdańska. Pierwszy postój robię po blisko siedmiu godzinach jazdy (563 km) w Alebosjön nieopodal Soderhamn. Na noc zaś rozbijamy namiot w wiosce Alvkarleö. Miejscowość ta istnieje od 1659 roku i wygląda na dostatnią i zadbaną. Po raz któryś zastanawiam się, z czego bierze się dobrobyt mieszkańców tej i innych podobnych osad. Pola uprawnego tu nie widać, jest jedynie trochę łąk i parę pasących się na nich koni. Ciekawostką jest to, że właśnie tu usłyszałem po raz pierwszy w Szwecji pianie koguta.
10.08.04. WtorekAnkę i Piotrka wysadziłem przy drodze E 18, około 450 km od Oslo. Mam nadzieję, że dotrą tam do wieczora. W dalszą drogę jadę z Tomkiem i Barbarą. Sądziłem, że opowiedzą mi coś o swoich przygodach ze Sławkiem , ale okazali się wyjątkowo mało rozmowni. Może dlatego, iż wiedzieli o moich koleżeńskich układach z ich dotychczasowym kierowcą i przewodnikiem? Właśnie przypomniało mi się, że Sławek o mały włos nie zakończył żywota swego i pozostałych pasażerów, kiedy wjechał na tory tuż przed nadjeżdżający pociąg. Podobno od tragedii dzieliło go nie więcej niż półtora metra. W kasach Stena Line w Karlskronie nie chcą przyjmować polskiego bilonu. Za to resztę chętnie wydają szwedzkimi drobnymi. Ciekawe, czy Gdynia w taki sam sposób rewanżuje się Szwedom. 11.08.04. ŚrodaO siódmej dopłynęliśmy do Gdyni. Nie wyspałem się, gdyż trafiłem na nierozkładany fotel. Gdybym to przewidział, to wziąłbym śpiwór i spałbym na podłodze jak wielu innych pasażerów. Piotrek przysłał wiadomość, że właśnie dotarł autobusem do Oslo i zaraz idzie do pracy. To świetnie, że mu się udało. Drugi SMS jest od Andrzeja. Informuje mnie on, że będzie wracał do kraju 22 sierpnia. Teraz tradycyjnie nieco podsumowania. Finansowo wyjazd tegoroczny był porażką. Zarobiłem zaledwie na pokrycie kosztów. Jednakże nie żałuję. W sumie była to wspaniała przygoda i okazja do poznania ludzkich charakterów w sytuacjach odbiegających od szarej codzienności. Jestem też zadowolony i dumny z postawy moich synów, którzy w tym roku spisali się wzorowo.
Ireneusz Gębski
|
|
|
|
2001 :: 2002 :: 2003 :: 2004cz.1 :: 2004 cz.2
|
||